Po trudnym 2015 roku i stabilizacji w kolejnym indeksy na warszawskiej giełdzie ruszyły w górę.

Od połowy 2016 roku indeks szerokiego rynku WIG zyskał ponad 30 proc., a mWIG40 ponad 40 proc. Zdaniem Artura Olszewskiego z krakowskiego Domu Maklerskiego BDM ta dobra passa może potrwać jeszcze co najmniej rok. Zwłaszcza że dołączyły do niej także największe spółki.

– Od dłuższego czasu bardzo mocno rosną indeksy zachodnie. Indeksy wszystkich głównych giełd na Zachodzie praktycznie w ostatnim roku dały zarobić od 20 do 30 proc. I to jest główny powód, dla którego nasza giełda też nie mogła zostać niezauważona, te nasze wyceny były na tyle atrakcyjne, że inwestorzy dostrzegli ten potencjał w naszej giełdzie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Olszewski, dyrektor oddziału Domu Maklerskiego BDM w Krakowie.

Amerykański indeks S&P 500 z korektami jest w trendzie wzrostowym od ośmiu lat. W 2016 roku zwiększył wartość o 14 proc., a pod koniec lutego 2017 roku pobił kolejny rekord. Dow Jones poszedł w tym czasie w górę o niemal 20 proc., podobnie jak brytyjski FTSE 100. WIG20 natomiast urósł o niespełna 5 proc., zaś WIG o nieco ponad 11 proc. Dopiero w połowie listopada rozpoczęła się pogoń warszawskich indeksów za światowymi odpowiednikami. Nieprzypadkowo zbiegła się w czasie z wzrostem cen ropy.

– Drugi powód to rosnące ceny surowców, które zawsze pomagają giełdom rynków wschodzących. Mamy wzrost spółek surowcowych typu KGHM, PKN, Lotos, tych wiodących dużych spółek, które mają duży wpływ na wzrost naszych indeksów – tłumaczy Olszewski. – Trzeci powód to pojawiająca się powoli w gospodarce inflacja, a to wskazuje na dużą szansę poprawy warunków gospodarczych, czyli samego wzrostu gospodarczego zarówno w Polsce, jak i w krajach europejskich.

Ropa naftowa zaczęła drożeć w listopadzie i mimo ostatnich marcowych już spadków wciąż jest o jedną trzecią droższa niż przed rokiem. To pociągnęło za sobą wzrost cen transportu i wszystkich towarów. Miedź rozpoczęła swój rajd w październiku i od tego czasu jej cena podskoczyła o 25 proc. Na te globalne czynniki nałożyły się aspekty psychologiczne związane z wewnętrzną sytuacją Polski – po półtora roku spadków spowodowanych niepewnością po zmianie władz i przy jednoczesnej wysokiej wycenie innych giełd inwestorzy znów łaskawym okiem spojrzeli na Warszawę.

– Na tę chwilę wróciliśmy do poziomów z okolic wyborów prezydenckich z 2015 roku. Wtedy faktycznie ta zmiana została trochę niedobrze odebrana przez zachodnich inwestorów, dlatego mieliśmy potem przeceny na naszym rynku – przypomina dyrektor DM BDM. – Ale w tym momencie wygląda na to, że jest otwarta droga do wzrostów, do szczytów z 2007 roku. To jest poziom okolic 64–65 tys. pkt, więc patrząc na aktualny poziom indeksów, mamy jeszcze kilkanaście procent potencjału wzrostowego.

Warszawski indeks giełdowy dobija obecnie do granicy 60 tys. punktów, a był już powyżej tego poziomu. To więcej niż w maju 2015 roku, gdy oscylował wokół 57 tys. pkt. Jeszcze lepiej radzą sobie średnie spółki, którym niewiele już brakuje do rekordu sprzed kryzysu finansowego. Na dobrej drodze do rekordu jest też indeks małych spółek. Zwłaszcza że zdaniem rozmówcy Newserii dobre nastroje na Książęcej tak szybko się nie skończą.

– Historycznie patrząc, najkrótsze hossy na naszej giełdzie trwały około 2 lat. Taką hossę internetową np. mieliśmy w okolicach roku 2000–2002 i ona trwała 2 lata. Wszystkie pozostałe hossy wyraźne, które mieliśmy na naszym rynku kapitałowym, trwały dłużej, 3–4 lata. Wygląda na to, że przed sobą możemy mieć jeszcze przynajmniej dobry rok –  ocenia. – Bo patrząc na nasze indeksy, praktycznie ta nasza hossa zaczęła się na początku poprzedniego roku. Na dobre rozkręciła się w ostatnim kwartale tego roku, bo przyłączyły się oczywiście te największe podmioty – spółki z WIG20, ale można powiedzieć, że małe podmioty rosną już od roku.

Oczywiście nie bez korekt. Nie są one jednak znaczące. Na przykład WIG jest obecnie o niespełna 1 proc. niżej niż na przełomie lutego i marca, gdy znalazł się na ponaddziewięcioletnim szczycie. Zdaniem Artura Olszewskiego takie kroki w tył nie mają jednak większego znaczenia, dopóki nie łamią poziomów wsparcia.

– Uważa się na rynkach kapitałowych, że korekta nie większa niż 10 proc. nie powoduje jakichś wielkich perturbacji i problemów. Jeżeli te korekty byłyby większe niż 10 proc., to wskazywałoby na jakieś tam ryzyko zakończenia trendu wzrostowego. Na razie te korekty, które w ostatnim czasie się odbywają, są dość płytkie, trwają krótko. Widać, że rynek na razie jeszcze ambitnie pnie się do góry i wielkiego ryzyka nie ma – przekonuje analityk. – Te korekty mogą być, można zobaczyć, jakie były poprzednie lokalne szczyty z ostatnich miesięcy i oczekiwać, że te indeksy teraz w przypadku korekt będą się opierać o te szczyty. Czyli jeśli nie przebijamy poprzednich szczytów, to jest wszystko dobrze i hossa trwa dalej.

Źródło: newseria.pl